fronda.plTomasz Wandas, Fronda.pl: Lewica zebrała 160 tysięcy podpisów i w czwartek złożyła w Sejmie projekt  mówiący o całkowitym zalegalizowaniu aborcji. Czy Pani zdaniem ich pomysł zakończy się sukcesem?

Anna Schmidt-Rodziewicz (PiS): Oczywiście że nie. Nie ma społecznego przyzwolenia ani zgody wśród większości sejmowej. Polska jest krajem, w którym większość obywateli deklaruje przywiązanie do wiary katolickiej i wartości, które zabraniają instrumentalnego traktowania ludzkiego życia. Zdumiewa mnie pomysł całkowitej legalizacji aborcji i traktowania poczętego dziecka jak rzeczy, której można się pozbyć, kiedy komuś to pasuje. Ludzkie życie jest wartością bezwzględną i najwyższą.

Temat aborcji jest bardzo drażliwy dla Prawa i Sprawiedliwości,  czyż nie? Jakie jest też wasze stanowisko w tej sprawie?

Nie jest to temat drażliwy, tylko trudny, bo dotyczy spraw wiary i światopoglądu. W tych kwestiach  obowiązywała u nas klauzula sumienia, a nie dyscyplina głosowania. Jarosław Kaczyński powiedział niedawno w jednym z wywiadów, że nie zarządzi dyscypliny głosowania, ale też wierzy głęboko, że nasi posłowie, którzy deklarują się jako osoby wierzące, zagłosują mądrze w tej sprawie.

Pochodzi Pani z Jarosławia. Podkarpacie ogólnie bezgranicznie popiera PiS. Dlaczego? Czy ma to związek z ogromną religijnością mieszkańców?

Po części tak, ponieważ jesteśmy jedyną partią, która deklaruje rzeczywiste przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Pamiętam, jak w 2005 roku w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej  Donald Tusk wziął pokazowy ślub kościelny, a kilka lat później jako premier głosował za legalizacją związków homoseksualnych. Jego partia zablokowała również w Sejmie możliwość dalszych prac  nad obywatelskim projektem ustawy antyaborcyjnej. Nie tylko Podkarpacie, ale w ogóle cała tzw. ściana wschodnia to tereny, gdzie ludzie żyją według tradycyjnych wartości. Tam szanuje się rodzinę rozumianą jako związek kobiety i mężczyzny,  nauka dziadków nadal coś znaczy,  kościoły wypełniają się wiernymi i jest to powód do dumy, a nie „obciachu” jak próbują nam wmówić lewicowo-liberalne środowiska z dużych miast. Ludzie ze wschodnich terenów są mniej zamożni, ale nauczeni gościnności,  otwartości i życzliwości wobec innych, wedle starego powiedzenia: „Gość w dom, Bóg w dom”.  U nas przyjaciół nie zaprasza się „na drinka do pubu”, tylko „na obiad do domu”. Z dumą patrzymy na swoje przywiązanie do wartości, chociaż opozycja wyzywa nas od „moherów”.

Właśnie Podkarpacie wydaje się być bardzo niedocenionym obszarem Polski. Młodzi ludzie z tamtych stron najczęściej emigrują. Czy są jakieś pomysły,  jak to zmienić? Konkretne projekty?

Rzeczywiście przez ostatnie 8 lat Podkarpacie oberwało za swoje prawicowe poglądy od poprzedniej władzy, dlatego my teraz chcemy spłacić ten dług. Działania, które podejmujemy mają na celu zrównoważony rozwój, ratowanie zniszczonego przemysłu, np. rząd uratował Autosan z Sanoka, na Podkarpacie wraca też siedziba Polskiej Spółki Gazownictwa, która do tej pory znajdowała się poza naszym województwem. Ratujemy przez to miejsca pracy i tworzymy nowe. Chcemy dofinansować  szkolnictwo zawodowe tak, aby młodzież z małych miasteczek i wsi nie musiała wyjeżdżać do dużych miast w poszukiwaniu wykształcenia i pracy,  tylko mogła je zdobyć w okolicznych szkołach i  uczelniach zawodowych, które trzeba powiązać z rynkiem pracy. Na Podkarpaciu mamy najwięcej Zakładów Aktywności Zawodowej zatrudniających osoby niepełnosprawne. Sama jestem bardzo zaangażowana w te sprawy i zabiegam o pozyskiwanie kolejnych środków na tworzenie takich miejsc pracy. Chcemy, aby Podkarpacie dorównało zamożniejszym terenom naszego kraju, chcemy aby młodzi chcieli tu żyć. Ale też chciałabym, aby w sferze światopoglądowej pozostało w tym miejscu, w którym jest, w tej sprawie nie powinniśmy  doganiać Europy, która zmierza w kierunku etycznej autodestrukcji.

Czy jako osoba pochodząca właśnie z takich regionów, będzie Pani zwracała uwagę na wartości chrześcijańskie i ich przestrzeganie? Czy może uważa Pani, że nie należy łączyć jednego z drugim?

Zwracam i będę zwracała na to uwagę, jednak nie dlatego, że jestem stąd, ale dlatego, że tak mnie wychowano. Pochodzę z tradycyjnej patriotycznej rodziny. Dziadek walczył w armii Generała Andersa, rodzice byli działaczami opozycji demokratycznej w czasach PRL. Przywiązanie do tradycyjnych wartości  wyniosłam z domu. Człowiek powinien być wierny swoim zasadom bez względu na miejsce zamieszkania, to nas definiuje jako ludzi.

Jak Pani się czuje jako nowa posłanka? Czy widzi Pani już pierwsze owoce swojej pracy?

Od czasów szkolnych angażowałam się w różne inicjatywy społeczne i akcje charytatywne, dlatego poświęcanie się pracy dla ludzi i chęci niesienia im pomocy towarzyszy mi od lat. Praca posła jest po prostu bardziej zinstytucjonalizowaną formą tego, co robiłam już wcześniej. Podejmuję sporo inicjatyw poselskich, byłam jednym z pierwszych posłów, który złożył niedługo po rozpoczęciu kadencji pierwszą interpelację. Sprawa dotyczyła przygotowania przez ministra rolnictwa przepisów wykonawczych na wypłatę większych odszkodowań na tzw. scalenia dla właścicieli gruntów rolnych, ta kwestia została szybko i pozytywnie rozwiązana, a skorzystali z tego rolnicy na terenie całego kraju. Po moich półrocznych zabiegach, na Podkarpaciu PGNiG będzie  reaktywować  zakłady  gazownicze, zdegradowane w niektórych miejscach przez poprzednią władzę. O inicjatywach wparcia w pozyskiwaniu  środków dla lokalnych samorządów na rożnego rodzaju inwestycje typu: drogi i szkoły już nawet nie wspomnę, bo to chyba temat na osobny elaborat.  Ludzie to widzą i doceniają,  o czym świadczy liczba zapisujących się do mnie wyborców.

Wspomniała Pani w jednym z wywiadów, że w pierwszej kolejności chce Pani słuchać wyborców. Co mówią ludzie? Czego oczekują? Czy uda się połączyć tych, którzy mają różne pragnienia?

Mam aż 4 biura poselskie  i przyjmuję w biurach bardzo dużo ludzi. Nie wszystkim mogę pomóc,  ale każdy zostanie wysłuchany. Ludzie przychodzą z rożnymi dramatami, czasem ktoś płacze lub wpada w złość i wyładowuje na mnie swoje frustracje. Ta praca wymaga sporej odporności psychicznej. Ludziom często się wydaje, że poseł może wszystko. To nieprawda. Ustawa o  wykonywaniu mandatu posła i senatora bardzo restrykcyjnie określa w jakie sprawy parlamentarzysta może,  a w jakie nie powinien się angażować. Nie możemy wpływać na wyroki sądów, mogę tylko wspomóc poradą prawną, ale nic więcej. Nie wolno mi angażować się w czyjś proces. Często też przychodzą z prośbą o załatwienie pracy, a przecież poseł nie jest pracodawcą. Nie da się wszystkim pomóc. Część ludzi przychodzi też po to, żeby się „wygadać”, wtedy czują ulgę, albo najzwyczajniej prosić o radę w jakiejś życiowej sprawie, wtedy zawsze ich wspieram. Trafiają też do mnie przedstawiciele rożnych grup zawodowych i wtedy podejmuję interwencje  poselskie na forum Sejmu lub w ministerstwach. Większość tych spraw udało mi się doprowadzić do pozytywnego końca.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Źródło: fronda.pl